Dla jednych hipnoza to magia i machanie wahadełkiem. Innym kojarzy się z czymś bardziej naukowym – głębokim skupieniem i pracą z umysłem.
Ale co jeśli hipnoza to historyczne pojęcie, którego już nie potrzebujemy? Nauka rzuca na to zupełnie nowe światło.
Zastanówmy się najpierw, czym właściwie jest hipnoza. To pytanie, na które znajdziemy więcej odpowiedzi, niż hipnotyzerów… Spójrzmy jednak na oficjalną definicję American Psychological Association z 2018 roku:
„Hipnoza [to] procedura lub stan wywołany przez tę procedurę, w którym sugestia jest wykorzystywana do wywoływania zmian w odczuwaniu, percepcji, procesach poznawczych, emocjach lub kontroli nad zachowaniem ruchowym.”
Mamy więc:
1. Procedurę (tzw. indukcję hipnotyczną)
2. Specjalny stan wynikający z tej procedury (tzw. trans hipnotyczny)
3. Sugestie wpływające na subiektywne doświadczenie.
Rozłóżmy to na czynniki pierwsze i skonfrontujmy z dowodami naukowymi, bo wtedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie.
Indukcja hipnotyczna
Kluczowy element, czy zbędny rytuał?
Od wyobrażania sobie schodzenia po schodach i liczenia od 10 do 1… Przez dezorientujące zdania… Po słynne „śpij”…
Indukcji hipnotycznych, czyli procedur mających „wprowadzić w hipnozę” są dziesiątki, jeśli nie setki.
Pojawia się więc pytanie, czy jedne są skuteczniejsze od drugich…
Odpowiedź:
Nie są 🙂
i czy ich treść ma jakiekolwiek znaczenie…
Odpowiedź:
Nie ma 🙂
Co więc jest ich wspólnym mianownikiem?
Oczekiwania osoby hipnotyzowanej.
Gdy umówimy się (wprost lub w domyśle), że coś jest indukcją hipnotyczną, to nią to po prostu będzie. Nieważne, czy mówimy o 20-minutowym skrypcie, tabletce z napisem „hipnoza”, czy spoliczkowaniu surową rybą.
Wiedział o tym sam twórca słowa hipnoza, James Braid 200 lat temu…
Według niektórych badań indukcja w minimalnym stopniu zwiększa skuteczność hipnozy… Według innych nieco ją obniża.
W każdym razie, indukcja hipnotyczna, to po prostu sygnał, że zaczyna się to, co nazywamy hipnozą i sugestia, by zacząć zachowywać się zgodnie z wymaganiami tej sytuacji.
Zgodnie z wymaganiami sytuacji, czyli właściwie jak?
Tu dochodzimy do kolejnego punktu…
Trans hipnotyczny
czyli chłopski teatr
Żeby dobrze zrozumieć ten aspekt hipnozy, udamy się na szybką podróż w czasie. Dokładniej do schyłku XVIII wieku.
Siła magnetyczna stała się wówczas dla różnego rodzaju uzdrowicieli tym, czym dziś fizyka kwantowa. Tajemniczo i naukowo brzmiącym zjawiskiem, którym próbowano wyjaśniać wszystko. Interesuje nas dziś pionier tego osobliwego trendu – Franz Anton Mesmer.
Mówiąc w skrócie, Mesmer wywoływał u ludzi gwałtowne drgawki przy pomocy magnesów. Miało to rzekomo leczyć różnego rodzaju choroby. Z czasem okazało się, że nie potrzeba nawet magnesów. W zupełności wystarczał namagnesowany pręt, dłonie, a nawet drzewo…
Zabawę z magnesami zakończył Benjamin Franklin (tak, ten sam, który został później jednym z ojców założycieli USA!). Franklin zrobił to, co w nauce nazywamy ślepą próbą.
Gdy w serii eksperymentów dawano ludziom zwykłe przedmioty, mówiąc, że są namagnesowane, wpadali w te charakterystyczne konwulsje. Działało to też w drugą stronę – namagnesowane przedmioty, które przedstawiano jako zwykłe, nie miały takiej mocy.
Udowodniono tym samym to, czego od początku mogliśmy się domyślać. Nie chodziło o moc magnesów, tylko ludzkiej wyobraźni i oczekiwań. Pacjenci Mesmera reagowali dokładnie tak, jak wiedzieli, że powinni zareagować będąc na seansie mesmerystycznym.
Dlaczego pierwsi pacjenci Mesmera uznawali, że drgawki są oczekiwaną reakcją? Nie mamy pewności, ale jedna z hipotez mówi, że wzorowali się na znanych im egzorcyzmach.
Mesmeryzm nie zniknął wraz z demaskowaniem Mesmera, ani z jego późniejszą śmiercią. Jego późniejsi uczniowie zaczęli interpretować to zjawisko bardziej psychologiczne. Jednym z nich był… Amand-Marie-Jacques de Chastenet, Marquis of Puységur (nazwijmy go dla wygody Markizem). Tu historia robi się naprawdę ciekawa…
Pewnego razu Markiz postanowił spróbować mesmeryzmu na chłopskim parobku. Ten, w przeciwieństwie do wywodzących się z arystokracji pacjentów Mesmera, nie wiedział jak się w takiej sytuacji zachować. Zamiast wpaść w konwulsje, zamilkł i reagował tylko na słowa Markiza. Zaskoczony Markiz myśląc, że odkrył zupełnie nowe zjawisko, nazwał je „somnambulizmem” i zaczął propagować.
Biedny chłop nie był świadomy, że rozpoczął nową kulturową normę. Że od teraz, w sytuacji, którą później nazwano hipnozą, nie należy reagować drgawkami, tylko zamykać się w sobie.
Dwa stulecia później, na kursach hipnozy nadal uczy się, że „somnambulizm” to Święty Graal hipnozy. Tymczasem „hipnotyczny trans” może być reliktem tego, że XIX-wieczny parobek nie wiedział jak się zachować w nietypowej sytuacji.
Więcej o tym, dlaczego hipnotyczny trans jest nieporozumieniem pisałem tutaj.
„Ale przecież w hipnozie można robić te wszystkie magiczne rzeczy! Ludzie przestają odczuwać ból, mają halucynacje, amnezję…”
Owszem. Ale można to wszystko zrobić również bez żadnej hipnozy. I tu dochodzimy do trzeciego elementu układanki.
Sugestie wyobrażeniowe
czyli słowo staje się ciałem
Gdy usuniemy zbędne rytuały i magiczne stany, zostają nam sugestie. Dokładniej sugestie wyobrażeniowe, czyli po prostu instrukcje, by doświadczyć wyobrażonego stanu rzeczy tak jakby był prawdziwy.
Brzmi to na przykład: „Za chwilę poczujesz jak Twoja ręka staje się coraz lżejsza, zaczyna unosić się w górę.” Albo „Z każdym oddechem coraz bardziej czujesz rosnącą pewność siebie.”
By doświadczyć tego, co jest sugerowane muszą zostać spełnione dwa warunki:
1. Osoba musi (świadomie lub nie) chcieć tego doświadczyć
2. Musi mieć odpowiedni poziom pewnej wrodzonej zdolności.
Jakiej zdolności?
W kontekście hipnozy nazywa się to „podatnością na hipnozę”. Ale dobrze wiemy, że to zdolność danej osoby, nie podatność na wpływ hipnotyzera. Zresztą jak już mówiłem, hipnoza nie jest do tego potrzebna. „Hipnotyzowalność” odpada z tego samego powodu.
Moglibyśmy więc mówić o „sugestywności”, albo „reaktywności na sugestie”… Ale znowu wracamy do skojarzeń z podatnością na wpływ. Takie konotacje może karmią ego „potężnych” hipnotyzerów, ale są bardzo dalekie od prawdy. Osoby bardzo zdolne w tym, o czym rozmawiamy nie są koniecznie bardziej podatne na wpływ innych (i vice versa).
Poza tym, zdolność do modyfikowania subiektywnego doświadczenia bez poczucia, że robimy to sami, wyraża się nie tylko w reakcji na sugestie wyobrażeniowe. To samo dzieje się podczas doświadczeń mistycznych, niektórych odmianach placebo, ASMR, w wirtualnej rzeczywistości, czy w niektórych eksperymentach psychologicznych.
Potrzebujemy więc słowa, które obejmie wszystkie te konteksty.
Z pomocą przychodzi profesor Zoltan Dienes z University of Sussex.
Zoltan nadał tej zdolności nazwę… Kontrola fenomenologiczna.
Wiem, straszny łamacz językowy, ale za to niezwykle trafny. Ludzie mają wrodzoną zdolność kontrolowania własnych fenomenów, czyli subiektywnych doświadczeń.
I zanim powiecie, że to tylko semantyka, powiem, że to AŻ semantyka. Przeszliśmy od słowa, które opisywało wąski kontekst hipnozy… Który powstał przez nieokrzesanie XIXwiecznego chłopa, skojarzenia ze snem i obrósł masą mitów… Do trafnego pojęcia, które opisuje to, co tak naprawdę ma miejsce.
Bo to Ty masz kontrolę. Kontrolę fenomenologiczną.